Czwartego dnia o poranku gin pity na czczo już tak mocno nie trząchał a i omlet dzięki temu był łatwiejszy do przełknięcia. Organizm przyzwyczajał się do nietypowych sytuacji...
Zapowiadał się ekscytujący dzień. Wyjeżdżaliśmy na safari w głąb Kenii. Nasz dziewiątka rozlokowała się w dwóch terenowych busach. Busy były terenowe, bo jeździły w terenie. To wszystko jeśli chodzi o ich wyposażenie ułatwiające poruszanie się w ekstremalnych warunkach. Prócz nas w każdym pojeździe siedział czarnoskóry kierowca, a do tego wieźliśmy jeszcze ze sobą kucharza, zabieranego zwyczajowo na safari. Jego zadaniem było przygotowywanie trzech wyrafinowanych posiłków dziennie. Dlatego też jedno z siedzeń w aucie było zajęte przez kilka opakowań jajek...
Całości dopełniały nasze bagaże. Po dwa plecaki na głowę - transportowy i podręczny - oraz zgrzewki wody, które zakupiliśmy w pobliskim supermarkecie nie zamkniętym jeszcze - a była to niedziela - przez Ligę Kenijskich Rodzin. Ruszyliśmy w stronę rezerwatu Masai Mara.
Galeria fotografii
Masaj na joggingu.
Komentarze (0)
Jeszcze nie skomentowano tego wpisu