W wiosce Masajów był sklep z pamiątkami. Wyroby masajskie przez cały rok w promocji. Na tyłach glinianych domków stało sobie kilka straganów, a na nich leżały paciorki, wisiorki, bransoletki, maski i inne przedmioty miejscowej cepelii. Wszystko kolorowe i tanie. Albo drogie. Warunek przy kupnie był jeden. Należało zbijać cenę. Na maksa.
I tak na przykład wpadła nam w oko jakaś maska. Murzyńska. Ładna choć niekoniecznie piękna. Targ wyglądał następująco:
-Łot is de prajs? - zapytywałem w miejscowym dialekcie.
-One hundred - odpowiadał Masaj. -One hundred dollars.
-Łan handret??? Dolars???!!! Aj ken giv ju łan dolar.
-What?! - Masajowi oczy wychodziły na wierzch. -One hundred! ......Ok. Ninety dollars.
-No, no. Tu macz. Tu dolars.
-No! ...Ok. Eight hundred.
-Aj ken giv ju faif.
-Five? No! ...ok. Seventy dollars.
-No, no. Tu macz. Aj łil baj samcing els...
I tu zaczynałem się rozglądać po sąsiednich straganach, co w Masaju zaczynało wywoływać nerwowe reakcje... A wszystko przez Amerykanów!...
Dlaczego Amerykanie psują wolny czarny rynek? Bo nie potrafią się targować co wynika z ich megalomanii.
... Gdy stwierdzam, że cena jaką oferuje mi Masaj za groźną maskę jest wciąż zbyt duża zostawiam go i idę oglądać inne wyroby miejscowego rzemiosła. Ja go zostawiam, ale on mnie nie. Podąża za mną jak cień.
Tymczasem ja robię rundę wokół straganów szukając lepszej okazji. Zauważam jednak, że pierwotna maska najbardziej mi odpowiada i w końcu wracam w miejsce, gdzie ją zostawiłem. Na twarzy Masaja pojawia się uśmiech.
-Do you like it? - pyta mnie ludowy twórca.
-...eee..., Aj dont noł.
-Seventy dollars - wraca do ostatniej ceny Masaj.
-... Aj dont noł. No, its tu macz.
-What is your price? Tell me my friend.
-... Aj dont noł. Mejbi eit dolars.
-No, no. I will give you this for sixty.
-No. Aj dont lajk it - i znów zaczynam przyglądać się zawartości sąsiedniego straganu.
-Hey, my friend. What is your last price? - zapytuje Masaj.
I tu trzeba uważać. Bo jeśli powie się nieopatrznie, że ostatecznie kupi się tę maskę za trzydzieści dolców, a Masaj powie nagle, że ok, to jest to już punkt bez powrotu! Wtedy cokolwiek by to nie było, NALEŻY to kupić. Z takiego dealu nie można się wycofać!
Owszem, jeśli to uczynimy, to może Masaj nie przebije nas w złości włócznią, ani nie rzuci w nas pałką wyciosaną z drewna, ale będziemy mieć obciach na całą wioskę. Dlatego też, jeśli Murzyn pyta nas o Last Price należy tę cenę podawać z rozwagą. Musimy być gotowi rzeczywiście kupić ten przedmiot za podaną cenę. Inaczej - mimo, że wokół czarno - dupa blada.
Dajmy więc na to, że moja last price to certy dolars. To jednak Masaja nie satysfakcjonuje. My więc odchodzimy i na sąsiednim straganie oraz na jego oczach dajemy zarobić wioskowej konkurencji kupując jakieś paciorki za grosze (oczywiście również targując się).
W końcu nadchodzi czas odjazdu. Zmierzamy więc wooolnym krokiem w myśl "pole pole" czyli "luzik, luzik" do samochodu. Za mną, za nami, za naszą grupą ciągnie się wówczas sznur właścicieli straganów z przedmiotami, które wcześniej wzbudziły nasze zainteresowanie, a które wydały nam się za drogie. Powoli wsiadamy do auta i próbujemy zatrzasnąć drzwi nie przycinając masajskich rąk z wyciągniętym w naszą stronę pamiątkami. To jest moment, kiedy ludowi wytwórcy mocno spuszczają z ceny. Moja maska tanieje z sześdziesięciu dolarów do pięćdziesięciu...
-No, senks. Its tu macz - odpowiadam. Zatrzaskujemy drzwi. Na szczęście okna pozostają wciąż otwarte, bo w aucie nie ma mowy o klimatyzacji. Ręce wsuwają się do wnętrza.
-Hey, my friend. Fifty dollars only! - i dłoń trzymająca maskę próbuje mi ją wepchnąć na siłę.
W tym momencie pada komenda do odjazdu auta. Nikt w końcu nie chce przejechać Masajom po stopach. Auto powoli rusza - "pole pole" jest kluczem do kenijskiej rzeczywistości.
-Fourty dollars! - krzyczy Masaj idąc wzdłuż samochodu.
-Serty fajf - krzyczę do niego.
-No, fourty - krzyczy Czarnoskóry.
-Okej, łi ken goł - krzyczę do naszego kierowcy. Autko nieznacznie przyspiesza.
-Hey, my friend! Ok! Thirty five! - krzyczy rozpaczliwie Masaj.
I tak dobijamy targu.
A o co chodzi z Amerykanami?
Amerykanie targują się tak:
-How much is it? - pytają biali wskazując na maskę.
-One hundred dollars - odpowiada kenijski twórca ludowy.
-No, it's too much. Could you give me a bargain?
-Tell me your price.
-Ninety nine point ninety five?
-Ok. Odpowiada Masaj i podaje maskę. Bierze studolarówkę i wydaje utargowane pięć centów reszty. Amerykaniec odchodzi szczęśliwy!!! Zrobił dobry biznes! I zepsuł wolny rynek.
Galeria fotografii
Wioska Masajów.
Wioska Masajów.
Wioska Masajów.
Komentarze (0)
Jeszcze nie skomentowano tego wpisu