W końcu dotarliśmy do hotelu po dwadzieścia dolarów za noc. Taki nasz dwugwiazdkowy standard. A może nawet i jedno...

W każdym razie z kranu ciurkała woda a nad łóżkiem wisiała moskitiera. Więcej - prócz kolacji - nie było mi trzeba. Wyszliśmy więc - już późnym wieczorem - na miasto w poszukiwaniu czegoś zjadliwego. Hotel stał w centrum więc ruszyliśmy główną ulicą w stronę dzielnicy knajp i rozpusty. Nie byliśmy aż tacy jak te dzieci w czarnej mgle, bo Krzysiek - nasz pilot - spędził w Afryce ostatnich dwanaście lat. Był więc już nie raz w Nairobi i nie tylko tam. I miał doświadczenie.
Szliśmy więc pustą, szeroką i ciemną ulicą wokół której wyrastały miejscowe drapacze chmur oraz pomniejsze budynki i wypatrywaliśmy w mroku wakacyjnego luzu, po który w końcu tu przyjechaliśmy. Siedmiu facetów szło w lekko rozproszonej grupie gaworząc jak mali chłopcy, którym Święty Mikołaj przyniósł wreszcie pod choinkę wymarzony prezent...
I Mikołaj się pojawił, tyle że nie święty tylko czarny. Za to faktycznie zrobił to - jak to ma w swoim zwyczaju - niespodziewanie i po kryjomu. Poczułem nagle gwałtowne szarpnięcie. To czarna ręka próbowała wyrwać mi saszetkę, jaką zwykle nosi się w czasie wakacji na pasku wokół bioder. Pękła jedna sprzączka łącząca pasek z torebką. Wewnątrz, prócz paru nieistotnych drobiazgów, znajdował się mój paszport...
Galeria fotografii
Przed Parkside Hotel w Nairobi.
Komentarze (1)
Dnia 2010-09-12 ( 08:44:43 ) Michal napisał:
Też spałem kiedyś w tym hotelu. Całkiem przyzwoity jak na trampingowe standardy.