Szóstego dnia, po spożyciu zwyczajowej porcji omletu i przepłukaniu gardła solidnym łykiem gorącego ginu, opuściliśmy gościnną masajską ziemię kierując się w stronę centralnej Kenii.
To miał być dzień bez przygód. Zwyczajny, techniczny przejazd do kolejnego parku narodowego - Lake Nakuru.

Wówczas nie wiedziałem jeszcze, że tylko piętnaście procent dróg w tym kraju pokryte jest asfaltem. A porę, by nie gnić od deszczu, wybraliśmy suchą.
Jeśli gdzieś tam leży asfalt, to dlatego, że położyli go Brytyjczycy - byli kolonizatorzy. Ci jednak oddali kraj w ręce Murzynów w latach sześćdziesiątych. Zdecydowana większość tak zwanej infrastruktury, jeśli jeszcze gdzieś się trzyma, to istnieje tylko dlatego, że stworzyli ją kolonizatorzy.
Owszem - nowe drogi się budują. Budują się od lat! Tylko, że ich budowa nie dobiega końca. Widziałem walce drogowe, maszyny do wypluwania asfaltu, robotników, wytyczone szlaki. Nigdzie nie widziałem nowej nawierzchni... A tworzą już tak od lat...
Gdy z camp site dostaliśmy się po paru kilometrach jazdy polną drogą na asfaltową szosę mieliśmy nadzieję, że teraz pójdzie już tak nam do wieczora. W końcu na mapie widniały jakieś drogi i wyglądały nawet na takie z pierwszą kolejnością zimowego utrzymania.
W pobliżu Naivashy asfalt jednak się skończył, a nasze auta zaczęły wzbijać wokół siebie tumany kurzu. Sądziłem, że ten spektakl za chwilę się skończy, gdy z naprzeciwka nadjechała pierwsza ciężarówka.

Po chwili otoczyła nas piaskowa chmura.
Gdy pył trochę opadł ujrzałem jadącą z naprzeciwka kolejną ciężarówkę... Potem następną, następną, następną, następną..., następną...

NASTĘPNĄ...! I następną.
Rajd po piaszczystej drodze trwał godzinę. Do dziś nie wiem jak to się stało, że po otrzepaniu i umyciu aparaty fotograficzne nadal działały... W każdym razie spora część ziemskiego areału Kenii znalazła się w moich nozdrzach a koszula, w której przedzierałem się przez piach nigdy już nie doprała się do czysta...
Piach wdzierał się przez najmniejsze szczeliny, a i tych większych nie brakowało w samoczynnie odsuwających się okiennych szybach samochodu.
W plecaku miałem chustkę, którą mogłem założyć na twarz - być może w jakimś stopniu ułatwiłaby oddychanie - ale nie chciało mi się po nią sięgnąć... Przez cały czas sądziłem, że ten Rajd Miliona Ziaren Piasku za chwilę się skończy.
Galeria fotografii
Droga przez sawannę Serengeti Plains
Na drodze w poblizu Naivasha, Kenia
Na drodze w poblizu Naivasha, Kenia
Herbaciarnia w drodze do Naivasha
Masaj w drodze do Naivasha
Na stacji Benzynowej w Narok, Kenia
Bufet i Bufetowa w barze w wiosce Masajów
Auto po przejechaniu piaszczystą autostradą
Ja i moja koszula utkana z piasku
Komentarze (0)
Jeszcze nie skomentowano tego wpisu