Samolot do Amsterdamu odlatywał o świcie. Siedmiu facetów z resztką snu na twarzy i ze stresem w oczach przywleczonym z pracy zaczęło realizować misterny plan wrzucenia wszystkiego na luz. Wprawdzie każdy zastanawiał się jak to będzie, gdy Kilimandżaro zechce dać nam odpór, ale to miało stać się dopiero za dwa tygodnie. Istniała więc nadzieja, granicząca z pewnością, że czternaście dni pobytu w innym świecie doda nam sił do walki z wysokością pięciu tysięcy ośmiuset dziewięćdziesięciu pięciu metrów i śladową zawartością tlenu.
Pod skórą czaił się też niepokój o ewentualne skutki szaleństw miejscowej flory bakteryjnej oraz o przyjemność spotkania komara, który napił się był właśnie murzyńskiej krwi z dużą domieszką malarii. Ponieważ ani flora, ani też komary nie przepadają za alkoholikami, więc na czas czterech tygodni postanowiliśmy nimi zostać. Wiozłem już ze sobą pół litra krupniku na miodzie ale byłem przekonany, że taka objętość okaże się zbyt małą do skutecznej dezynfekcji. Na lotnisku w Amsterdamie kupiłem więc bardzo praktyczną butelkę ginu. Opakowanie zrobione było z grubego plastiku. Idealna rzecz na afrykańskie klimaty. Butelka była lekka a jednocześnie odporna na poniewieranie plecakiem. Gin miał czterdzieści siedem procent alkoholu. To miało się jeszcze odbić nie tylko czkawką...
Siedząc na lotnisku w samolocie z Amsterdamu do Nairobi po raz ostatni spojrzałem na szarość holenderskiej zimy. Ekran monitora w oparciu siedzenia wyświetlił informację, iż oto znajdujemy się na wysokości siedmiu i pół metra poniżej poziomu morza. Droga na szczyt, mająca wyprowadzić mnie z zimowej depresji, okazała się - przynajmmniej chwilowo - przez tę depresję prowadzić...
Po kilku minutach od startu samolot przebił się, przez wyjątkowo gęstą warstwę chmur i zaświeciło słońce. Od tej pory miało walić w głowę niemal na okrągło. Zaopatrzony w kremy z faktorem trzydzieści i pięćdziesiąt czekałem na uderzenie gorącego powietrza, jakim zwykle dostaje się w twarz po wyjściu z samolotu w ciepłym kraju... Boskie uczucie...

Nad Sudanem słońce jednak zaszło i w Nairobi samolot dotknął pasa już wieczorem. Ponieważ jeden z bagaży nie doleciał, spędziliśmy pierwsze półtorej godziny czasu afrykańskiego - liczonego w bardzo zwolnionym tempie - na lotnisku w oczekiwaniu, aż Mateusz, który stanął na końcu kilkunastoosobowej kolejki zagubionych w akcji zgłosi brak piżamy i szczoteczki do zębów.
Galeria fotografii
Zachód słońca nad Sudanem. Widok z samolotu.
Komentarze (2)
Dnia 2010-10-13 ( 09:51:05 ) Iwona napisał:
Super zdjęcie.
Dnia 2010-09-12 ( 08:38:39 ) Voyager napisał:
Zachód slonca nad Sudanem robi wrazenie. Marzenie... :)