Nie dziwię się, że Murzyn wyrósł jak z podziemi. Szliśmy jezdnią prowadząc ciekawą konwersację (może nawet na temat ogromnej liczby napadów na turystów w Nairobi) i nie w głowie było nam zaglądać każdemu tubylcowi w twarz. Do tego na ulicy panował mrok, więc wystarczyło, że Murzyn zaatakował mając zamknięte oczy i już kompletnie zlał się z otoczeniem. Gdy poczułem szarpnięcie moja ręka automatycznie rzuciła się na ratunek saszetce i tam skonfrontowała się z jego dłonią. Czarnoskóry zaskoczony moim refleksem zwolnił uchwyt, coś wymamrotał pod nosem i dał dyla w ciemność.
Po sekundzie ruszyliśmy za Murzynem, który zniknął za rogiem. Gdy dotarliśmy w to miejsce ujrzeliśmy w słabym świetle żarówki wystającej ze ściany budynku trzech ochroniarzy z karabinami. Jak się okazało napadu stulecia w Nairobi dokonano obok banku... Wśród nich kręciło się kilku młodych opalonych na czarno i wszyscy wygladali tak samo. Tak samo mroczni i tak samo rozpoznawalni... ou yes.
Panowie tylko wzruszyli ramionami i to było wszystko co mieli do powiedzenia. Ponieważ moja torebka i paszport szczęśliwie ocalały doszliśmy do wniosku, że nie będziemy z nimi polemizować, tylko dostosujemy się do afrykańskiej konwencji. Zawarliśmy więc z nimi Układ i odpowiedzieliśmy im tym samym gestem. Wtedy po raz pierwszy tak naprawdę doświadczyliśmy kenijskiego "pole pole" czyli "powoli, spokojnie, bez nerwów"...
I wrzuciliśmy na luz.
Wszystko rozegrało się tak szybko, że mój organizm nie zdążył sobie nawet wstrzyknąć do żyły zwyczajowej w takiej sytuacji porcji adrenaliny. W związku z tym nadal czułem się głodny. Zresztą perspektywa romantycznej kolacji stawała się coraz bardziej interesująca. Już chwilę przed atakiem czarnego "PijaR", ale też i po, w drodze do dzielnicy knajp i rozpusty atakowały nas stojące wzdłuż ulicy Czekoladki:
-Jambo my friend! Do You Want Sex? Twenty Dollars Only!
Tak więc gdy doszliśmy do knajpki znaliśmy zarówno cennik, jak i miejscowe rytuały powitalne.
Na ulicy pełnej zgiełku, alfonsów i prostytutek, w miejscowym lokalu gastronomicznym w formie dużego namiotu i paru stolików zamówiliśmy po steku wołowym (dobrze wysmażonym) i po piwie Tusker, które jak się później okazało królowało w całej Kenii. Tylko nasz pilot zamówił mineralną i tym samym okazał się być totalnym abstynentem co wkrótce miało ułatwić miejscowej florze bakteryjnej pierwszy z serii udanych ataków na członków naszej grupy.
Jeszcze nie dotarło do nas danie główne, a już przysiadł się deser - Czekoladki. Oznajmiły, że też są w menu:
-Only Twenty Dollars...
Galeria fotografii
Kenyatta Avenue
Komentarze (2)
Dnia 2010-09-12 ( 08:48:35 ) Mirka napisał:
Sama chętnie na nie patrzyłam ;) Lubię takie ciemne karnacje...
Dnia 2010-09-12 ( 08:47:46 ) Hektor napisał:
Znam to z Nairobi. Nie dość, że to jedno z miast, gdzie napadają najbardziej na świecie, to jeszcze można wrócić z HIV-em. No ale chyba popatrzeć na te czekoladki można. A nawet pokonwersować :)