Dzień trzeci rozpoczął się od śniadania z omletem... poprzedzonym jednak dużym łykiem ginu o mocy wstrząsów tektonicznych. Poprzedniego dnia podjęliśmy decyzję, że uciekamy z miasta o dobę szybciej niż mieliśmy to w planie. Nie kręcił nas nawet dom Karen Blixen - to wprawdzie już sporo poza Nairobi, ale uznaliśmy, że nie będziemy zaczynać powitania z Afryką od jej "Pożegnania..." Tak więc mieliśmy w końcu poznać nieznane. Nasz pilot - Krzysiek, zwany Chrisem, zakochany po uszy (tylko tak można wytłumaczyć jego wybór, bo jak wiadomo miłość nie wybiera) w koleżance, która właśnie zdobywała Aconcaguę zaproponował byśmy ruszyli w stronę Naivashy, do parku narodowego Hell's Gate...
Wsiedliśmy więc w terenowego busa. Mimo tego, iż znaleźliśmy się w sercu czarnego lądu nie należało się tu spodziewać Asfaltowej Dżungli - z naciskiem na brak asfaltu... Ten bowiem skończył się już jakieś trzydzieści kilometrów za Nairobi i zjazd z głównej drogi prowadzącej na północ kraju okazał się być polnym traktem, po którym jednak pojazdy poruszały się z prędkością 60 km/h.
Mówiąc szczerze nie miałem jeszcze pojęcia co to może znaczyć, bowiem tego dnia było akurat pochmurno i tu i ówdzie siąpił deszczyk... W każdym razie po godzinie jazdy bitym traktem dotarliśmy do bramy Hell's Gate, gdzie naszą wizytę ropoczęliśmy od krótkiego relaksu...

Wewnątrz parku, który przypominał rozległą kotlinę otoczoną wałem wzgórz chodziły sobie po łące zebry, antylopy, guźce i perliczki. Pozorny spokój to była zmyłka. Gdzieś w trawie, zlany z otoczeniem mógł paść się jakiś lew, a może nawet dwa... I w każdej chwili mógł chcieć poznać smak polskiego mięsa... Dlatego też poznaliśmy zasady współpracy na lini turysta - lew.
Po pierwsze: żadnego wychodzenia z auta.
Po drugie: żadnego otwierania okien w samochodzie.
Po trzecie: jeśli już, to wyjście z auta tylko na bardzo rozległej przestrzeni, tak aby można było zauważyć zbliżające się niebezpieczeństwo... I przez cały czas oczu dookoła głowy.

Dwie amerykańskie rodziny wybrały się samotnie (bez czarnego przewodnika), co w zasadzie nie powinno mieć miejsca, na safari po jednym z parków. Mieli duuużo szmalu, więc wypożyczyli sobie dwie nowe terenówki w wersji full wypas z siedzeniami ze skóry. Jadąc przez park zatrzymali się przy stadku pawianów. Małpy z gołymi tyłkami - cóż za wdzięczny widok - aparaty zaczęły strzelać. Przez otwarte okna w samochodzie...
W pewnym momencie jedna z małp wskoczyła do środka.
Galeria fotografii
Chwila relaksu w parkowej toalecie.
Hell's Gate.
Antylopy biegające luzem.
Easy Zebra.
Droga przez Hell's Gate.
Droga przez Hell's Gate.
Zebra mama i zebra dzidziuś.
Masaj na rowerze. Że też się nie bał, że nagle z krzaków wyskoczy lew...
Komentarze (1)
Dnia 2010-10-07 ( 09:25:19 ) Roberto napisał:
Podoba mi się ten wychodek. Ma klimacik. Jak byłem w Etiopii... tam to dopiero były kibelki...