Moja pierwsze wyobrażenie Australii...

Hmm… chyba jest duża, ale jak duża… Jak to sobie uzmysłowić… Pomyślałem o tym przez chwilę i przypomniała mi się wycieczka na Wyspy Kanaryjskie. Samolot z Warszawy na Lanzarote leciał około pięciu godzin. Zajrzałem do planu podróży po Australii. W ostatni dzień pobytu miałem lecieć samolotem z Darwin do Sydney. Darwin na północy kraju/kontynentu/wyspy a Sydney na południowym wschodzie. Czyli w linii prostej nie była to jeszcze największa odległość między krańcami Australii. A samolot miał lecieć cztery i pół godziny. Prawie jak z Polski na Wyspy Kanaryjskie! Czyli Australia jest wielka jak Europa! Tyle, że ta „Europa” jest niemalże pusta wewnątrz, co kilkaset kilometrów ewentualnie jakaś osada, pustynia, gorąc nieziemski i podobno muchy w ilości jakich Polak latem w swoim domu nie widział. A ja przez tę Australię miałem wykonać samochodem trasę o długości dziesięciu tysięcy kilometrów… Czyli wsiąść w auto gdzieś w Polsce, przejechać Czechy, Austrię, Włochy, Francję, Hiszpanię, Portugalię, Maroko, a potem jeszcze samochodem skoczyć przez ocean i już są Wyspy Kanaryjskie… Znaczy się Australia.
I w ten sposób znalazłem się w Sydney…

Galeria fotografii
Widok na City z lotniska w Sydney.
Australia...
Komentarze (1)
Dnia 2010-09-12 ( 09:58:32 ) Ewa napisał:
Bardzo lubię Sydney. Z jednej strony city, a zaraz obok królewskie ogrody i opera. Takie tchnienie wolności czuć w tym mieście. No i ciepło. W zasadzie przez okrągły rok. To coś czego w Polsce bardzo mi brakuje. Bo jak się uprę to w Australii też pojeżdżę na nartach.