Dodany dnia 2012-01-29 przez Andrzej
Ósmego dnia po omlecie z jajek poszliśmy zaczerpnąć
wiejskiego powietrza. Obstąpiły nas dzieci (czemu nie były w szkole?) proszące
nie o pieniądze, a o długopisy. Radość z pisania w afrykańskim kraju może
okazać się wielka. Zwłaszcza w wiosce, w której nawet orły zawracają...
Wakacje nad Lake Baringo dobiegały końca. Plaży nie było, piasku tym bardziej,
woda stanowiła jedno wielkie składowisko sepsy... Cóż nam było tam robić.
Ruszyliśmy więc w stronę Parku Narodowego Aberdare. Niewiele zwierząt, za to
mnóstwo górskich krajobrazów. Szczyty sięgające trzech-czterech tysięcy metrów.
I tam mieliśmy spać. W namiotach na trzech tysiącach. Miało być przeraźliwie
zimno. 

Znów przecięliśmy Wielki Rów Tektoniczny i dotarliśmy do wioski na lunch.
Knajpa prowadzona przez białego właściciela lśniła czystością - niespotykaną
jak na Kenię... No comments.
Menu było europejskie. Pizza, spaghetti, frytki i wszystko co nam jest znane. Żadnych niebezpiecznych niespodzianek.
Im bliżej było Aberdare, tym bliżej było do najwyższego
szczytu Kenii - Mount Kenii. Góry spowite masą czarnych chmur zalane były
ścianą deszczu. A na nas czekał tam nocleg - pod namiotami. W chińskiej dwójce.
Andrzej, 13:44:12 , 2012-01-29
Adres tego miejsca: Użytownik nie podał adresu
Jeszcze nie skomentowano tego wpisu